Haracz w imię „ochrony klimatu”

24 stycznia, 2026

Gospodarstwa domowe w Polsce mogą zapłacić ponad 1500 złotych rocznie więcej za ogrzewanie, bo unijni – w tym polscy – inżynierowie społeczni wymyślili, że będą kontrolować klimat zgodnie ze swoimi kaprysami, i zmuszać w tym celu ludzi do płacenia za emitowany dwutlenek węgla.
Informuje o tym „Deutsche Welle” powołując się na raport Fundacji Bertelsmanna.
Do zmniejszenia się konkurencyjności europejskiej gospodarki – co już obserwujemy od jakiegoś czasu – dojdą obciążenia finansowe dla osób prywatnych, głównie w Europie Środkowej.
Ale nikt nie myśli o rezygnacji z opodatkowania dwutlenku węgla (ETS2) czy w ogóle unijnej polityki klimatycznej. Zamiast tego negatywne skutki interwencjonizmu mają być łagodzone kolejnym interwencjonizmem: najbardziej dotknięte zmianami grupy mają dostawać dopłaty ze Społecznego Funduszu na rzecz Klimatu. Czyli mają żebrać u polityków o to, by nie płacić aż tak dużo. A reszta zapłaci.
Oczywiście jest mało prawdopodobne, że działania unijnych polityków będą miały istotny wpływ na światowy klimat, bo Unia Europejska odpowiada tylko za niecałe 9% emisji dwutlenku węgla wytwarzanego przez ludzi. Przypuszczam, że ci politycy doskonale zdają sobie z tego sprawę. W „ochronie klimatu” musi chodzić więc o coś innego. O interesy producentów „ekologicznych” źródeł energii? Czy o kontrolę ludzi strachem, jak pisał w swojej powieści „Państwo strachu” Michael Crichton?

Facebook dozwolony od lat 15?

15 stycznia, 2026

Politycy Koalicji Obywatelskiej, na czele z Romanem Giertychem, chcą odciąć młodych ludzi od Facebooka, Youtube, X, Instagrama, Discorda i innych platform umożliwiających wymianę informacji z innymi osobami. Nastolatki, jak dawniej, mają mieć grono znajomych ograniczone głównie do kolegów ze swojego fizycznego otoczenia, a wiedzę o świecie pozyskiwać z przekazów zasadniczo jednokierunkowych, takich jak telewizja czy media tworzone przez dziennikarzy. Bez względu na to, co sądzą o tym ich rodzice czy inni prawni opiekunowie.
Jak widać, konstytucyjne prawa do rozpowszechniania i pozyskiwania informacji oraz do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami są dla polityków KO nieistotne. Oni „wiedzą lepiej”, do jakich informacji nastolatki powinny mieć dostęp i jakie informacje mają prawo rozpowszechniać samemu. Rozwój społeczeństwa informacyjnego w formie Web 2.0 został uznany za zagrożenie i już.
Tylko w jaki sposób były lider Młodzieży Wszechpolskiej oraz jego koledzy i koleżanki z obecnej partii chcieliby to zapewnić? Aby w miarę skutecznie zablokować dostęp do platform społecznościowych osobom poniżej 15 roku życia trzeba będzie wprowadzić mechanizmy kontroli dostępu dla wszystkich. Każdy, kto zechce używać Facebooka czy X będzie musiał jakoś potwierdzić, że ma więcej niż piętnaście lat. Jakimś rodzajem cyfrowego ID (np. profilem zaufanym), kartą płatniczą, ewentualnie przesyłając zdjęcie dowodu tożsamości albo zdjęcie twarzy – tak robi się to obecnie w Australii, gdzie od niedawna obowiązują podobne przepisy.
Dla wielu ludzi – zwłaszcza tych chcących chronić swoją prywatność – będzie to utrudnienie zniechęcające do korzystania z tych platform. A nastolatki, jeżeli tylko będą wystarczająco obeznane z Internetem, będą obchodzić zakaz tak jak obchodzą go obecnie w Australii – łącząc się przez VPN-y jako użytkownicy z innych krajów.
Ciekawe, czy np. Elon Musk zgodzi się na podporządkowanie tym przepisom? A jeśli nie, to co? Blokada X dla wszystkich użytkowników w Polsce?
Regulacje, które chce wprowadzić Roman Giertych są po prostu cenzurą. Próbą ograniczenia młodym ludziom interakcji z innymi. Owszem, korzystanie z platform społecznościowych może prowadzić do uzależnienia, mogą być one wykorzystywane do hejtu czy szerzenia dezinformacji. Ale rozwiązaniem tu jest edukacja i rozsądny nadzór ze strony rodziców, a nie polityczny zakaz.
Mam nadzieję, że prezydent odmówi podpisania takiej ustawy, tak jak zrobił to w przypadku ustawy dającej urzędnikom możliwość nakazywania usuwania treści z Internetu.

Wolność uzewnętrzniania religii

11 stycznia, 2026

Jeżeli komuś przeszkadza nauczycielka wyrzucająca do kosza symbol chrześcijaństwa, to powinien przeszkadzać mu też Grzegorz Braun gaszący świeczki chanukowe. I odwrotnie.
Chyba, że uważa, iż (zagwarantowana w Polsce konstytucyjnie) wolność uzewnętrzniania publicznie religii oraz swoboda wyrażania przekonań religijnych w życiu publicznym powinna przysługiwać tylko niektórym wyznaniom.

Prorosyjscy, antyrynkowi nacjonaliści

8 grudnia, 2025

Europoseł stanowiącej część Konfederacji partii Nowa Nadzieja, Stanisław Tyszka, narzeka, że Ukraińcy „zalewają polski rynek pracy”, domagając się tego problemu w zamknięciu granicy z Ukrainą.
A poseł tej partii, Michał Połuboczek, ubolewa, że Europa Zachodnia nas Polaków „oszukała, otwierając rynek na tanie mięso z Ameryki Południowej”. Swoistą rekompensatę dla polskich producentów mięsa upatruje w jego eksporcie do Rosji, oczywiście po tym, jak nastąpi „pokój na Ukrainie”.
Jak widać, większa wolność na rynku – czy to rynku pracy, czy to rynku produktów rolnych – jest tym, co wywołuje krytykę ze strony polityków Nowej Nadziei. Poseł Połuboczek chce, bym razem z innymi Polakami kupował droższe mięso, byle od polskich rolników. A eurodeputowany Tyszka – żebym wraz z innymi Polakami był pozbawiony usług wykonywanych przez ukraińskich pracowników: budowlańców, fryzjerów, opiekunki, sprzedawców, taksówkarzy, pracowników gastronomii, robotników przemysłowych, lekarzy… Jeżeli chodzi o taksówkarzy, to inny poseł Nowej Nadziei, Grzegorz Płaczek, domaga się zresztą zaostrzenia warunków licencji taksówkarskich dla cudzoziemców poprzez wprowadzenie w ich przypadku wymogu sprawdzania niekaralności również w kraju pochodzenia – ponieważ, jak poinformowało Ministerstwo Sprawiedliwości, nie ma technicznych możliwości udzielania takich informacji przez Biuro Informacyjne Krajowego Rejestru Karnego, wymóg taki oznaczałby w praktyce, że cudzoziemcy spoza UE (w praktyce w większości Ukraińcy) musieliby sami pozyskiwać takie informacje ze swojego kraju, co utrudniłoby im proces uzyskiwania licencji.
Ograniczyć wolność rynku – licencją, cłami (obowiązującymi jak na razie na produkty rolne z Ameryki Południowej), zakazem. W rzekomym interesie polskiego chłopa i robotnika (większość Ukraińców „zalewających polski rynek pracy” pracuje fizycznie). Ale też w interesie Rosji, która z pewnością zyskałaby na pogorszeniu stosunków polsko-ukraińskich spowodowanych zamknięciem przed Ukraińcami polskiej granicy oraz na zaszczepieniu w umysłach Polaków wizji owocnej współpracy gospodarczej z Rosją (nieważne, że tak naprawdę eksport polskiej żywności do Rosji w 2021 r., przed wybuchem wojny, stanowił poniżej 2% całkowitego polskiego eksportu żywności, a całkowity import Rosji był niższy od importu Polski). Wizja Nowej Nadziei jako „wolnościowego” skrzydła Konfederacji (w odróżnieniu od nacjonalistów z Ruchu Narodowego) jest całkowicie fałszywa. To też nacjonaliści, tylko, że bardziej (może bardziej jawnie?) prorosyjscy.
Spędziłem młodość w kraju, gdzie rządziła partia głosząca współpracę z Rosją (zwaną wówczas Związkiem Radzieckim), niechęć do Europy Zachodniej, wyższość regulacji państwowych nad rynkiem, obronę interesów robotnika i chłopa oraz oczywiście pokój. Nazywała się Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Doprowadziła Polskę do biedy. Mam niestety wrażenie, że się obecnie odradza, tym razem w przebraniu prawicowym, a nawet „liberalnym”.

Ministrowie ponad prawem

15 października, 2025

Jeżeli komuś się jeszcze wydaje, że obecnie sprawujące władzę stronnictwo ma coś wspólnego z praworządnością, to niech przeczyta wywiad z Bartoszem Pilitowskim z Fundacji Court Watch Polska w gazeta.pl – medium uważanym jak dotąd za raczej sympatyzujące z Donaldem Tuskiem i jego ekipą. Pan Bartosz wyjaśnia tam w przystępny sposób, dlaczego obecny minister sprawiedliwości Waldemar Żurek łamie praworządność w znacznie większym stopniu niż jego poprzednik Zbigniew Ziobro. W skrócie – minister Żurek uznał, że on i władza wykonawcza w ogóle nie musi w ogóle stosować się do przepisów prawa zawartych w ustawach, jeżeli samemu stwierdzi, że z jakiegoś powodu naruszają konstytucję. Że minister czy inny urzędnik (ale już nie zwykły obywatel) ma takie samo prawo do „rozproszonej kontroli konstytucyjności”, jak sąd. I na tej podstawie podjął już dwie decyzje jawnie wbrew obowiązującym ustawom – odwołał 46 prezesów sądów powołując następnie nowych (bo „minister musi mieć osoby, którym ufa”) oraz wydał rozporządzenie upoważniające prezesów sądów do wyznaczania w sprawach odwoławczych składów sędziowskich według dowolnych zasad, jakie sobie ustalą (ustawa nakazuje losowanie).
To znaczy, że każdy obywatel może być sądzony nie przez sąd ustanowiony ustawą, ale wyznaczony ad hoc przez urzędnika (prezesa sądu) powołanego przez innego urzędnika i od niego zależnego. Do każdej sprawy w drugiej instancji może być dobrany taki skład sędziowski, który daje jeśli nie gwarancję, to większe prawdopodobieństwo orzeczenia „po linii władzy”. W ten sposób będzie można np. ciągle uchylać wyroki skazujące polityków związanych z władzą czy nakazujące wypłacenie odszkodowania od państwa.
Mało? To polecam kolejny artykuł z (celowo) gazeta.pl, o tym, że urząd skarbowy nie chce oddać bezpodstawnie zapłaconego podatku od sprzedaży nieruchomości. Bezpodstawnie, bo na podstawie interpretacji uznanej przez Trybunał Konstytucyjny za naruszającą konstytucję (chodziło o konieczność złożenia oświadczenia o zameldowaniu przy uldze meldunkowej). A nie chce oddać dlatego, że rząd postanowił nie publikować wyroków Trybunału – nie tylko tych niepasujących mu politycznie, jak w przypadku rządu PiS, ale wszystkich. Od początku 2025 roku Trybunał Konstytucyjny wydał (o ile dobrze policzyłem) 29 wyroków, z czego 13 w sprawach wszczętych skargą konstytucyjną (przysługującą osobom, którym wolności lub prawa zostały naruszone), i żaden z nich nie został opublikowany w Dzienniku Ustaw.
Ministrowie postawili się w roli ostatecznych interpretatorów konstytucji i prawa. Właściwie ponad prawem, jak nie przymierzając władcy w monarchiach despotycznych. Jednocześnie wciąż występują w roli samozwańczych championów praworządności. A zwykli ludzie tracą.

7 października, dwa lata później

7 października, 2025

Dzisiaj mijają dwa lata od zbrojnej napaści organizacji terrorystycznej Hamas, stanowiącej faktyczny, choć nieuznawany międzynarodowo rząd Gazy, na Izrael. Nie tylko na państwo Izrael, ale przede wszystkim na ludność cywilną. Jednego dnia zabito ponad tysiąc osób. W ich własnych domach, na drogach, na festiwalu muzycznym. Ponad dwustu wzięto do niewoli jako zakładników, z czego część też później zginęła. Kilkudziesięciu (trudno powiedzieć ilu, bo nie wiadomo ilu z nich jeszcze żyje) nadal przebywa w niewoli.
To wywołało wojnę, która trwa do dziś i w której zginęło około 65 tysięcy ludzi, głównie Palestyńczyków z Gazy. Tej wojny by nie było, gdyby nie ta napaść. Ludzie w Gazie nadal cieszyliby się pokojem.
Za tę wojnę odpowiada Hamas.
(Notabene, liczba 65 tysięcy ludzi – podawana przez sam Hamas – oznacza, że w wojnie tej ginie dziennie poniżej 100 osób, licząc łącznie bojowników i cywili. Jest to ponad dziesięciokrotnie mniej, niż zginęło cywili w Izraelu 7 października 2022 r. – mimo tego, że armia izraelska używa ciężkiego sprzętu i bomb. Czy naprawdę ktoś uważa, że Izraelczycy nie byliby w stanie zabijać w Gazie dziennie tyle ludzi, ile uzbrojeni w lekką broń palestyńscy terroryści tego jednego dnia? A jeżeli są w stanie, ale tego nie robią, to przypisywanie im – jak to robi wiele osób i organizacji – ludobójczych intencji jest oczywistą propagandą).
Zakończenia tej wojny należy się domagać przede wszystkim od tych, którzy ją wywołali. Od Hamasu.
Domagać się – w imię zachowania życia palestyńskich dzieci i innych cywili – zakończenia tej wojny nie od Hamasu, ale od Izraela, potępiając jego działania zbrojne w Gazie, to tak, jakby w 1945 roku – w imię zachowania życia niewinnych Niemców – domagać się zakończenia wojny nie od nazistów, tylko od koalicji antyhitlerowskiej, żądając od aliantów zaprzestania działań zbrojnych i rozpoczęcia negocjacji z Hitlerem. (A robić to pod hasłem „Wolna Palestyna od rzeki do morza” to tak jakby w 1945 roku domagać się zakończenia wojny pod hasłem „Rzeszy od Atlantyku po Ural”). I coś takiego jest jednoznacznym opowiedzeniem się po stronie terroru, ponieważ jeżeli nie można walczyć z agresywnym terrorystycznym reżimem dlatego, że w takiej walce giną dzieci i inni cywile na „jego” terytorium (a w warunkach Gazy, zmienionej w terrorystyczną twierdzę, jest to nieuchronne), to staje się przed ograniczonym wyborem – albo dalszy bezkarny terror przeciwko „naszym” dzieciom i cywilom, albo pójście na warunki terrorystów (czyli kapitulacja) w złudnej nadziei, że może wtedy okażą łaskę.
I myślę, że większości z tych, którzy organizują demonstracje „w obronie dzieci w Gazie”, pikiety pod ambasadami Izraela i flotylle z „pomocą dla Gazy” oraz potępiają izraelskie „ludobójstwo” chodzi właśnie nie o zakończenie cierpień ludności cywilnej, ale o to, by terroryści wygrali. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że stoją po stronie terroru, tego konkretnego terroru. Bo z różnych powodów nie lubią Żydów lub przynajmniej tych Żydów z Izraela. Chcieliby właśnie, by izraelscy Żydzi stanęli przed opisanym wyżej wyborem.
Tylko tak jakoś głupio póki co się do tego przyznać.

Wszystkie lekcje do wyboru!

25 września, 2025

W ostatnich dniach nasiliła się debata publiczna dotycząca tego, czy zapisywać dzieci na lekcje edukacji zdrowotnej. Wziął w niej udział m.in. Prezydent RP.
Podobna debata od dawna jest toczona, jeżeli chodzi o lekcje religii.
I bardzo dobrze – to, na jakie lekcje zapisywać dzieci, powinno być przedmiotem debaty, a nie odgórnego nakazu.
Szkoda tylko, że debata dotyczy tu tylko tych dwóch przedmiotów, a w przypadku innych urzędnicy nadal „wiedzą lepiej”.
Podobno byłem utalentowanym dzieckiem, poszedłem do szkoły mając niecałe sześć lat, a potem na drugie półrocze przeniesiono mnie od razu do drugiej klasy.
Ale nie byłem utalentowany we wszystkim. Byłem kiepski z wychowania plastycznego, zajęć praktyczno-technicznych (obejmujących wówczas głównie stolarkę) i przede wszystkim wychowania fizycznego. Nie najlepiej też śpiewałem.
Ale musiałem marnować czas na tych lekcjach, a oceny z nich zaniżały mi średnią. Która wówczas, nawiasem mówiąc, decydowała o dostaniu się do liceum zamiast szkoły zawodowej.
I oczywiście nic się na tych lekcjach nie nauczyłem. Nie zostałem sportowcem, muzykiem, malarzem ani majsterkowiczem. To był czas stracony. A w dodatku pod koniec szkoły miałem silny stres, że nie dostanę się do szkoły średniej – na szczęście akurat wtedy wprowadzono egzaminy wstępne.
Prawdę mówiąc, wiele innych lekcji też mi się niespecjalnie przydało. na przykład język polski – mimo, że już jako dzieciak lubiłem czytać książki i dużo czytałem, to akurat czytanie szkolnych lektur było często dla mnie udręką. I wielu z nich nie pamiętam. A posługiwać się językiem nauczyłem się niezależnie od tych lekcji – i wiedza o podmiotach, orzeczeniach, przydawkach oraz regułach ortografii okazała się tu niepotrzebna. Piszę zasadniczo ortograficznie, bo po prostu pamiętam, jak wyglądają słowa (wynik częstego czytania), a nie dlatego, że mam wkute regułki.
Różni ludzie mają talenty i predyspozycje w różnych dziedzinach i zmuszanie ich do zajmowania się tym, do czego ich nie mają – zamiast np. poszerzenia czasu zajmowania się tym, w czym są uzdolnieni i co lubią – jest marnowaniem ich czasu i zniechęcaniem do nauki jako takiej. Dlaczego młody człowiek przejawiający talent w przedmiotach ścisłych musi męczyć się na języku polskim, historii, plastyce, muzyce? Dlaczego ktoś, kto jest słaby fizycznie i niezgrabny musi ośmieszać się na lekcjach WF? A ktoś przejawiający talent muzyczny wkuwać wielomiany i funkcje?
A jeżeli w możliwości rezygnacji z nauki religii czy edukacji zdrowotnej chodzi o kwestię sumienia – to czemu np. anarchista musi posyłać dziecko na edukację obywatelską?
Dlaczego w ogóle szkoły nie mogą proponować oferty przedmiotów niezawierających tych z podstawy programowej?
Skoro religia, etyka, edukacja zdrowotna mogą być nieobowiązkowe i ludzie mogą debatować, czy są dobre, czy nie dla ich dzieci – to czemu nie inne?

Wojna w Gazie a libertarianizm

16 sierpnia, 2025

Dla tych, którzy nie potrafią zrozumieć, jak mogę popierać wojnę toczoną obecnie w Gazie przez Izrael z libertarianizmem:
Sednem libertarianizmu jest prawo do obrony. Bez prawa do obrony wolność dysponowania sobą i swoją własnością jest tylko pustą deklaracją. Wolność, której nie można bronić, nie istnieje.
Prawo do obrony nie może być ograniczane warunkiem, że obrona nie może wyrządzić szkody czy naruszyć praw innych (poza agresorem) ludzi. Pozornie taki warunek wydaje się logiczny, bo jeżeli narusza się pierwszemu prawa innych ludzi – w szczególności ich prawo do życia – to mamy do czynienia z kolejną agresją. Jednak postawienie takiego warunku oznacza w praktyce, że obrona przed wieloma agresorami – zwłaszcza rządami i organizacjami terrorystycznymi – umiejętnie kryjącymi się wśród osób postronnych (będących faktycznie ich zakładnikami) będzie nieskuteczna lub wręcz niemożliwa. Jeżeli członkowie organizacji agresora, ich sprzęt i broń rozlokowane są w bliskości ludności cywilnej, uniknięcie postronnych ofiar jest praktycznie niemożliwe, przynajmniej na obecnym etapie rozwoju technologicznego. Tych ofiar będzie tym więcej, im gęściej zaludniony będzie obszar, na którym przebywają agresorzy. Dlatego w wojnach miejskich liczba ofiar cywilnych zwykle wielokrotnie przewyższa liczbę zabitych walczących. Gaza jest tu skrajnym przypadkiem, gdyż jest nie tylko gęsto zaludniona, ale i agresorzy celowo lokują się wprost w budynkach cywilnych i mieszają z cywilami (jakkolwiek liczba ofiar cywilnych mieści się tam w „normie” dla wojen miejskich).
Kierowanie się etyką zabraniającą naruszania praw innych ludzi podczas działań obronnych oznacza w rzeczywistości akceptację agresji w przypadku, gdy agresor skutecznie chroni się wśród niewinnych ludzi. Dlatego uważam, że taka etyka jest sprzeczna z libertarianizmem i ją odrzucam.
To nie znaczy, że uważam, że np. zabijanie ludności cywilnej podczas wojny nie jest złem. Jest złem, ale (zasadniczo, pomijając ewidentne celowe ataki na cywilów nie mające nic wspólnego z obroną przed agresją, a wynikające np. z kolektywnie skierowanej nienawiści wobec przedstawicieli narodu agresora) odpowiedzialny za nie jest agresor, a nie ten, który się broni.
Prawo do obrony nie może być również ograniczane warunkiem, że obrona jest dozwolona jedynie do momentu zaprzestania agresji przez agresora. Obrona ma na celu uniknięcie zagrożenia – bez osiągnięcia tego celu nie można mówić o skutecznej obronie. Agresor, nawet jeżeli zaprzestanie chwilowo agresji, nadal może pozostawać zagrożeniem. Ocena tego powinna być pozostawiona napadniętemu i jeżeli uzna on, że jedynym skutecznym usunięciem zagrożenia jest całkowite zniszczenie agresora (tak, jak podczas II wojny światowej uczyniono z nazistowskim państwem niemieckim), powinien mieć on do tego prawo.
W wojnie w Gazie jednoznacznym agresorem jest Hamas, rządzący Gazą. Inaczej mówiąc, rząd Gazy. Do agresji doszło 7 października 2023 roku, kiedy to bojownicy Hamasu i wspierających go organizacji militarnych (a także prawdopodobnie pewna liczba ochotników z Gazy) zaatakowali nie tylko cele militarne w Izraelu, ale przede wszystkim ludność cywilną. Zabito ponad 1000 osób (w większości w ich domach i na festiwalu muzycznym), wzięto zakładników, wystrzelono kilka tysięcy rakiet (bynajmniej nie na cele wojskowe). Nie był to zresztą pierwszy przypadek agresji ze strony Gazy przeciwko Izraelowi od chwili uzyskania przez Gazę faktycznej niepodległości w 2005 roku.
Agresji tej nie można interpretować, jak to niektórzy próbują robić, jako obronę w ramach dłuższego konfliktu (np. „walkę z okupantem”). Ów dłuższy konflikt nie zaczął się, jak sugeruje to np. Lewica Razem, od powstania państwa Izrael i wypędzenia z jego terenów setek tysięcy Palestyńczyków. Zaczął się wcześniej, co najmniej w 1947 roku, kiedy to Palestyńczycy jako pierwsi napadli na Żydów w Mandacie Palestyny, wywołując wojnę domową, po odrzuceniu przez ich przywódców propozycji podziału regionu sformułowanej przez ONZ. Następnie – po ogłoszeniu przez liderów żydowskich niepodległości Izraela – zostali zbrojnie wsparci przez armie kilku państw arabskich. Wypędzenie („Nakba”) było jedynie konsekwencją przegrania przez nich wojny, którą sami zaczęli. Potem konsekwentnie odmawiali zawarcia pokoju.
Korzeni konfliktu można szukać oczywiście jeszcze wcześniej i tu też stroną inicjującą agresję byli palestyńscy Arabowie (później nazwani Palestyńczykami). Żydzi stworzyli w Palestynie organizację samoobrony – Haganę (zaczątek późniejszych Sił Obronnych Izraela) – w 1920 roku, po serii ataków bojówek arabskich na Żydów, skutkujących ofiarami śmiertelnymi i zniszczeniem całych osad. Kolejna seria agresji na palestyńskich Żydów nastąpiła w 1936 roku, w trakcie tzw. arabskiego powstania w Palestynie.
Dlatego Izrael ma prawo do obrony „swojej” ludności przed zagrożeniem ze strony agresora – Hamasu. Aż do całkowitego jego zniszczenia – racjonalnym jest w tym przypadku przypuszczać, że zawarcie rozejmu może oznaczać kolejny atak za kilka lat – lub przynajmniej do wypuszczenia przez Hamas pozostałych zakładników. Zabijanie palestyńskich cywili w Gazie jest złem, ale odpowiedzialność za to (pomijając, być może, konkretne przypadki nieuzasadnionych militarnie celowych ataków na cywilów dokonywanych przez poszczególnych żołnierzy, które mogą się zdarzać) obciąża Hamas.

Lewica i dotacje z KPO

10 sierpnia, 2025

Okazało się, że lewicowcom nie podoba się program państwowo-unijnej redystrybucji dóbr – jeżeli tylko te dobra trafiają do ludzi, których nie lubią, to znaczy przedsiębiorców.
Niestety jeżeli istnieje państwowy mechanizm redystrybucji dóbr, nie mogę mieć gwarancji, że te dobra nie trafią do tych, których akurat nie lubię. Co więcej, mogę nawet przypuszczać, że z większym prawdopodobieństwem będą one trafiały do klasy rządzącej i grup ją popierających. Lewicowiec uważający, że państwo służy klasie kapitalistów i jednocześnie popierający wzmacnianie państwowego mechanizmu redystrybucji w nadziei, że będzie służył on ludziom nimi nie będącym ma problemy z logicznym myśleniem 🙂

Najgłupszy argument przeciwników imigracji

21 lipca, 2025

Najbardziej bzdurnym argumentem przeciwników imigracji jest domaganie się od swoich oponentów tego, by przyjęli imigrantów do swoich domów, skoro opowiadają się za ich wpuszczeniem do Polski.
Argument ten jest bzdurny dlatego, że z wolności przemieszczania się między obszarami podległymi jakimś państwom (np. Polsce i Ukrainie) nie wynika wolność wchodzenia na czyjś prywatny teren bez zezwolenia jego właściciela, ani też obowiązek wpuszczania kogoś na ten teren przez tego właściciela.
Tak samo jak nie wynika ona z wolności przemieszczania się między różnymi miejscowościami albo województwami w Polsce.
W jednym i drugim przypadku obejmuje ona jedynie swobodę poruszania się po terenach publicznie dostępnych, które nie mają zwykle prywatnego właściciela. Nikt nie uważa, że z tego, że ktoś z Katowic może przeprowadzić się do Krakowa wynika, że mieszkańcy Krakowa, czy też ci z nich, którzy popierają swobodę migracji ludności z Katowic do Krakowa, mają obowiązek wpuścić ich do swoich domów.
Przypuszczam, że ludzie, którzy sprzeciwiają się imigracji, nie mają równocześnie zwykle nic przeciwko migracji ludzi pomiędzy różnymi obszarami Polski. Ale nie uważają – i słusznie – żeby z tego powodu mieli obowiązek zadeklarowania, że przyjmą do swojego domu osoby, które przyjadą osiedlić się w ich miejscowości.
Bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
I tak samo jest w przypadku cudzoziemców.